Przejdź do głównej zawartości

Słone Pustkowie

Słone Pustkowie zaczyna się tam, gdzie kończy się Trakt Wschodni: ostatnie kępy stepowej trawy urywają się linią tak równą, jakby ktoś ją wypalił, a dalej jest już tylko biało.

To nie jest piasek ani pustynia. To step, który wysechł w słoną skorupę: biały nalot grubości palca, pod nim szary ił twardy jak wypalona cegła, kamień wypolerowany wiatrem i kości, których nikt nie posortował. Sól jest wszędzie, wchodzi w usta i zostaje tam smakiem.

Te dwa miejsca myli się w Letharis stale i warto to rozdzielić raz.

Strefy Pęknięcia leżą tuż za wschodnim murem miasta, w granicach wzroku z murów, i mają związek z Rozdarciem — to tam szew między warstwami jest najcieńszy, i dlatego stoi tam warta.

Pustkowie leży na drugim końcu traktu, cały dzień marszu za Strefami, i nie ma z Rozdarciem nic wspólnego. Sól jest tu starsza od pęknięcia nieba: wybierano ją, kiedy nikogo w mieście nie interesowało nic poza ceną beczki. Wspólne mają tylko jedno — leżą na wschodzie, a wschód ma w Letharis złą opinię i nie rozróżnia się w niej szczegółów.

Równina nie jest jednolita. Solniska to płaskie pola skorupy spękanej w tafle wielkości tarczy, których podwinięte krawędzie tną w kostki i trzaskają pod butem — tam nikt nie podejdzie niepostrzeżenie i nikt nie odejdzie po cichu. Wydmy z miałkiej soli robią odwrotnie: głos w nich grzęźnie, a ślad zasypuje się w kilkanaście oddechów.

W bezkresie ziemia jest tak równa, że człowieka widać z odległości, na której nie sposób poznać, kim jest, a głos gaśnie o krok od ust, bo nie ma od czego wracać. Rozpadliny pękły w ile na głębokość, z której nikt nie wyjdzie bez pomocy. Zęby to słupy zwietrzałej skały wyżarte wiatrem u podstawy tak, że stoją na przewężeniach cieńszych od uda; kilka leży już przewróconych. Bywa też solna mgła — zawieszony pył, który nie opada, choć wiatr wyraźnie idzie.

Dwa miejsca opowiadają o ludziach. W dolinach wcięcia w skorupie mają w zboczach rzędy podłużnych wnęk kutych na długość człowieka, po trzy jedna nad drugą, wszystkie opróżnione. Na pobojowisku sól jest miejscami zbrunatniała i nie schodzi, bo deszczu tu nie ma, a ze skorupy sterczą jesionowe drzewce złamane na tej samej wysokości, wszystkie bez grotów.

Jest wreszcie jedno miejsce, w którym sól schodzi z warg: źródlisko, gdzie woda wybija spod ziemi w płytkie oczko obrośnięte trzciną i niską wierzbą. Na dnie leży kilkanaście monet, różnych, część bardzo starych, i nikt po nie nie sięgnął.

Odpowiedź na pytanie, po co tu ktokolwiek przychodził, jest pod ziemią. Sól wybierano komorami, zostawiając filary pod strop, a z równiny prowadzą w dół obmurowane szyby — jeden z kozłem z belek nad otworem, jeden zasypany przez wydmę do połowy.

Kopalnia umarła nie od zawału i nie od ognia, tylko od solanki: najniższa komora nabrała wody i stoi pod nią do dziś, przejrzysta jak szkło, z narzędziami widocznymi na dnie. Wszystko inne zostało tak, jak stało w dniu, w którym ludzie wyszli — kilofy oparte o ścianę, kosze w rzędzie, trzy pełne i czwarty przewrócony, filary z wyrytymi u podstawy numerami komór.

Grozy nie robi tam nic, co leży. Robi ją to, że nikt nie wrócił po sprzęt.

Pustkowie jest jedynym miejscem w tej okolicy, w którym nie obowiązuje żadne prawo — nie ma cła, urzędu, wyroku ani warty. Straż Miejska nie wychodzi tak daleko i nie udaje, że wychodzi; co się tam stało, dla miasta się nie stało.

Wynika z tego wszystko, co o Pustkowiu mówią ludzie w porcie. Idzie się tam po sól, gorzką i gruboziarnistą, niepodobną do tej z beczki. Idzie się po to, co zostało w kopalni. Idzie się, żeby nie zostać znalezionym, i idzie się, żeby zamknąć sprawę, której w mieście zamknąć nie sposób. Zasady, na jakich rozstrzyga się to między ludźmi, opisuje Walka między graczami.

Nie idzie się natomiast po nic, co da się zaplanować. Ktokolwiek wyrusza, wyrusza z zapasem wody, bo źródlisko jest jedno.

Na Pustkowiu bywają ludzie, którzy nie przyszli po sól. Chodzą bosi, w kapturach naciągniętych tak głęboko, że twarzy nie widać z bliska, stają w krąg zwróceni do środka i powtarzają jedno słowo. Ten, kto stoi w środku, jako jedyny nie śpiewa i ma twarz odsłoniętą — i to w nim niepokoi najbardziej, bo po niej widać, że wie dokładnie, co robi.

Kim są, w mieście nie mówi nikt. Kapłani odpowiadają, że to nie ich ludzie, Straż że nie jej sprawa, a marynarze — że widzieli ich raz i nie podeszli. Zgodne są tylko relacje o tym, jak wyglądali.