Przejdź do głównej zawartości

Kolegium Rozdarcia

Kolegium Rozdarcia to jedyna instytucja w Letharis, która zapisuje anomalie liczbami. Jego ludzie pracują w Dzielnicy Badawczej, a znakiem jest pęknięte koło — wypalane w drewnie, kute w metalu, naszywane na fartuchach.

Nazwa jest długa i prawie nikt jej nie używa. Mówi się „Kolegium”, a członka nazywa się badaczem albo badaczką.

Kolegium mierzy. Notuje, gdzie i o której godzinie coś było nie tak, jak długo trwało, jaka była wtedy pogoda i kto był w pobliżu. Z tych zapisów powstają tabele, których nikt poza Kolegium nie umie czytać, i wnioski, których Kolegium nie ogłasza na tablicach.

Deklarowany cel jest jeden i powtarzany bez zmian od lat: opanować zjawisko na tyle, żeby dało się przewidzieć. Nie zamknąć, nie uleczyć, nie wyjaśnić — przewidzieć. Badacz zapytany, kiedy to nastąpi, odpowiada, że najpierw trzeba mieć dość pomiarów.

Kolegium zbiera też materiał. Szklane słoje ze spojeniami — próbkami materii, która wyszła zniekształcona — stoją w pracowniach rzędami, opisane numerem i datą. Próbka nie jest amuletem i Kolegium jest pierwsze, żeby to powiedzieć: nic z Drugiej Strony nie mieszka w przedmiocie, więc słój jest dowodem, nie skarbem.

Biały fartuch, rękawice z grubego woskowanego płótna, mosiężne gogle zsunięte na czoło. Pod fartuchem zwykle zwykłe miejskie ubranie, bo większość badaczy mieszka w tych samych kamienicach co wszyscy.

Pracownie słychać z ulicy: szum palników, stuk cęgów, rytmiczne tykanie aparatów, których nikt z zewnątrz nie umie nazwać. Czuć je jeszcze łatwiej — ozon, formalina i rozgrzany metal wychodzą przez okna razem z bursztynowym światłem.

W Dolnym Mieście badacz jest „białofartuchą” i słowo to jest pogardliwe. Powód nie jest naukowy: badacz przychodzi, mierzy, zapisuje i odchodzi, a ludzie, których pytał, nie dowiadują się niczego.

Anomalii nie da się potwierdzić dwóm świadkom. Dwoje ludzi patrzących na to samo nigdy nie dogada tego samego szczegółu, więc każda opowieść pozostaje słowem jednej osoby przeciw słowu drugiej.

Kolegium wyprowadza z tego wniosek metodyczny: zamiast świadka — przyrząd, zamiast opowieści — zapis. Przyrząd nie kłóci się o szczegół i nie wstydzi się tego, co widział.

Ma to swoją cenę w języku. W dokumentach Kolegium ludzie, którzy widzą oba wymiary, nie mają nazwy własnej — są pozycją w wykazie, tak samo jak słoje (Rozszczepieni). Ci, o których w ten sposób napisano, zwykle się o tym nie dowiadują.

Kolegium i Kościół Otwartych Wrót opisują to samo zdarzenie dwoma słowami, których nie da się na siebie przełożyć — i każda strona jest przekonana, że druga mówi o czym innym.

Dla Kolegium to, co się dzieje na cieńszym szwie, jest zjawiskiem: zdarza się, więc ma warunki, a warunki da się spisać. Dla Kościoła to samo jest świadectwem: zdarza się, więc coś jest tam po drugiej stronie i daje znak.

Spór nie ma rozstrzygnięcia, bo obie strony mają rację po swojemu. Pomiar, który wyszedł zerowy, nie odbiera nikomu wiary; widzenie, które ktoś opisał w kaplicy, nie psuje żadnej tabeli. Miasto przyzwyczaiło się do tego, że o tym samym popołudniu istnieją dwa raporty i żaden nie wspomina o drugim.

Kiedy w Dzielnicy Badawczej coś się stanie, ludzie milkną i wracają do pracy. W Dzielnicy Świątynnej reagują odwrotnie — i to jest cała różnica między tymi frakcjami, sprowadzona do jednego odruchu.

Tło zjawiska: Rozdarcie.