Przejdź do głównej zawartości

Mroczny Las

Nazwa jest nazwą własną i mówi mniej, niż się wydaje. Mroczny Las to wilgotny bór na północ od Traktu Zachodniego, z którego Letharis bierze deski, smołę, węgiel drzewny i miód — a nie legenda, którą opowiada się dzieciom.

Rosną w nim dęby, sosny i brzozy, w jednym miejscu zwarta buczyna, w mokrych zagłębieniach olszyna. Pod nogami jest igliwie, mech i próchno, w powietrzu żywica i mokre liście, a mgła trzyma się jarów do południa.

Dębina. Miejskie warsztaty i szkutnia stoją na deskach z tego boru, więc drwale są tu najliczniejszą grupą ludzi. Zostawiają po sobie karczowiska, przesieki wycięte prosto jak sznur, składnice pni przy dojazdach i zaciosy na korze — znaki, po których poznają swoje działki.

Smoła i węgiel. W głębi stoi smolarnia, a w kilku miejscach wypaliska po węglarzach: kręgi wyprażonej ziemi, na których jeszcze nic nie rośnie. Węgiel drzewny idzie stąd do kuźni w mieście, smoła do portu.

Miód i to, co się zbiera. Stara barć w wypróchniałym pniu jest pilnowana przez kogoś, kto nie mówi, przez kogo. Poza tym leszczyna, grzyby, dzika jabłoń i szałasy zbieraczy — kilka żerdzi i kora, na jeden sezon.

Zioła, których nie ma nigdzie indziej. Na pogorzeliskach po węglarzach i na karczowiskach bierze się wierzbówkę, pod bukami marzankę wonną. Tatarak rośnie i tu, w mokradełkach, i na bagnach przy Trakcie Zachodnim — w obu miejscach w kilku punktach, nie wszędzie. Miejski zielarz umie powiedzieć, w jakim terenie ich szukać, i to jest cała wiedza, jaką się w tej sprawie kupuje. Więcej: Zielarstwo.

Bór jest rozległy i mało w nim znaków ludzkiej ręki, więc drogę mierzy się rzeczami: wielkim wykrotem z korzeniami wyżej niż człowiek, mrowiskiem, rozstajnymi dębami, zwaliskami głazów, kamieniem granicznym, ambonką myśliwską nad łąką, skalnym wodospadem w wąwozie, strumieniem i jego zakolem.

Głębiej jest ostęp — część, do której nie prowadzi żadna wydeptana ścieżka — i ruiny wieży, o których w mieście nie wie nikt konkretnego. Z traktu wchodzi się do lasu kilkoma drogami: główną, gdzie trakt skręca na północ, oraz trzema bocznymi, w tym zjazdem przy wypalisku.

Wilki, i to jest fakt, a nie opowieść: mają w borze legowisko i słychać je nocą z traktu. Do tego borsuki, dziki, kruki i dzięcioły — bór jest zamieszkany normalnie.

Głębiej trafia się na to, co miasto nazywa goblinami i orkami, i tu opisy przestają się zgadzać. Drwale mówią o nich jak o kłopocie sezonowym, kupcy jak o wymyśle drwali chcących wyższej ceny za deski, a Straż nie wypowiada się wcale, bo bór jest poza jej bramami.

Sprzeczność najczęstszą słyszy się na trakcie: woźnice mówią o wilkach, leśnicy o kłusownikach, a ślady bywają jedne. Nikt tego nie rozstrzyga i nikt nie zamierza.

W głębi boru stoją ludzie, którzy nie są ani drwalami, ani zbieraczami, i pilnują dwóch miejsc: jaskini oraz zapadniętego wejścia pod ruiny. Nie zatrzymują przechodzących i nie zaczynają rozmowy. Kto zapyta ich wprost, dostanie odpowiedź; kto nie zapyta, przejdzie obok i nie dowie się niczego.

Do boru anomalia dochodzi osłabiona — wilgoć i szum koron tłumią ją skuteczniej niż mury. Ludzie stąd rzadziej niż mieszczanie mówią o cieniach, a częściej o tym, że w gęstwinie łatwo się przesłyszeć.

To bywa dla drwala argument, żeby siedzieć w lesie, a nie w mieście. Dla jego żony — powód, żeby wolał wracać na noc.