Przejdź do głównej zawartości

Osada Górnicza

Przy Trakcie Zachodnim, w pół dnia drogi od Letharis, u stóp wzgórza z Kopalnią Świtu, stoi osada, która nie jest wsią. Wieś żyje z pola; ta osada żyje z jednej dziury w ziemi i z wozów, które tym traktem przejeżdżają.

Widać to po tym, czego tu nie ma. Nie ma kamiennej zabudowy, ceglanych fasad ani jednej ulicy z nazwą — jest glina, drewno i gont. Nie ma też cechu, kancelarii i pieczęci: cała władza mieści się w jednym kantorze i sprowadza do pytania, czy ktoś ma prawo zejść pod ziemię.

Środkiem osady jest placyk ze studnią, a najgłośniejszą rzeczą — kowadło: dwa uderzenia, trzecie, pauza, i znowu, przez cały dzień z tej samej strony. Nad gontem stoi siwy dym z kuźni, rano i wieczorem zapach chleba z karczmy, a od strony wzgórza ciągnie chłodniejszym powietrzem niż w samej osadzie.

Skrzypi żuraw przy studni i pluska wiadro w cembrowinie. Zza drzwi u kupca rud brzęczy waga. Poza tym słychać psa i kury, i to jest cały hałas dnia.

Południowa część osady jest robocza i nie ma tam ani szyldu, ani sklepu. Wąskie ścieżki między tylnymi ścianami chat, drewutnie, kupy chrustu, siekiera w pieńku, kamienne płotki wokół grządek kapusty i marchwi, dym z domowych palenisk. Zamiast plotki górników jest tam plotka kobiet i dzieci, i jest to ta sama plotka widziana z drugiej strony.

O świecie osada idzie na północ: sznur ludzi z lampkami wychodzi ścieżką pod wzgórze. W dzień na placyku są kobiety, dzieci i psy, a w barakach pusto — długa niska izba z pryczami, żelaznym piecykiem i sznurem, na którym wiszą kopalniane kubraki, stoi wtedy nietknięta.

O zmroku sznur wraca. Twarze są mokre, lampki jeszcze się palą, a karczma zaczyna świecić jako jedyna. Nocą osada śpi, poza pojedynczymi szczeknięciami i światłem w oknie kantoru, jeśli nadzorca jeszcze liczy.

Fachów jest tyle, ile potrzebuje kopalnia, i ani jednego więcej. Kowal wykuwa i naprawia kilofy, i jest to jedyne kowadło w okolicy, przy którym da się zrobić kilof lepszy od kupionego. Kupiec rud skupuje to, co przyniesiono z dołu, i sprzedaje lampy. Cieśla robi belki pod stropy i sprzedaje drewno. Jubilerka żyje z tego, co się w rudzie trafia rzadko. Karczmarz utrzymuje jedyne miejsce z ogniem i piwem.

Poza nimi są sami górnicy i ich rodziny. Jest stary górnik z pierwszego szybu, który siedzi na ławce przed karczmą i opowiada, jak wyglądało to wzgórze, zanim je rozkopano. Jest młody górnik, który drugi tydzień leży w barakach po zawale i pamięta dokładnie, przy której ściance to się stało. Jest kobieta, która chodzi po wodę i nie mówi o mężu w czasie przeszłym.

Kto tu ma nazwisko, znajdzie się w spisie obsady — w osadzie jednak przedstawia się chętniej niż w mieście i nikt nie robi z imienia tajemnicy.

Cała administracja osady to jeden pokój z dębowym biurkiem, regałami roczników rejestrowych i żelazną kasetką, którą otwierają trzy klucze — jeden ma nadzorca, drugi mistrz kopalni, a trzeci leży w Letharis. Nikt w osadzie nie widział, żeby otwierano ją wszystkimi naraz.

Nadzorca sprzedaje zezwolenie na zejście, na tydzień, na miesiąc albo na rok, i to jest jedyne miejsce, w którym można je dostać. Straż osady sprawdza pieczęć u progu sztolni i bez ważnej nie przepuszcza nikogo — także tego, kto był tam wczoraj. Zezwolenia nie da się też przedłużyć przed czasem: nadzorca odmawia, dopóki stare nie wygaśnie. Kwoty i to, jak się je płaci: Górnictwo.

W tym samym kantorze leży księga rejestrowa i ona mówi o osadzie więcej niż cokolwiek innego. Nazwiska przekreślone czerwono to ci, którzy nie wrócili, a w tym roku jest ich cała kolumna. Kilka wpisów nie jest przekreślonych, choć ludzie z osady wiedzą swoje — nadzorca trzyma się zasady, że bez ciała nie wykreśla się nikogo, i jest to dokładnie ta sama zasada, którą stosuje urząd w mieście. Co z niej wynika dla rodzin: Zaginieni.

Porządku pilnuje kilku krzepkich chłopów w skórzanych kaftanach. Chodzą po ulicach osady, stają przy studni i przy bramie, bronią mieszkańców, jeśli ktoś się na nich porwie — i nie mają nic wspólnego ze Strażą Miejską, ani jej barw, ani wyszkolenia, ani prawa.

Dla przyjezdnego z Letharis wynika z tego rzecz, o której warto wiedzieć zawczasu: nie ma tu urzędu, do którego można się odwołać. Milicja nie wychodzi za granicę osady, nie prowadzi śledztw i nie spisuje protokołów. Rozstrzyga na miejscu, w interesie osady, a nie prawa miejskiego, którego tu po prostu nie ma.

Karczma „Pod Kilofem” jest jedynym miejscem, w którym schodzą się dwie grupy przejeżdżające przez osadę obok siebie: górnicy po szychcie i woźnice, którzy zatrzymali się na noc. Jedni pytają drugich o drogę i o ceny w mieście, drudzy pierwszych o to, czy naprawdę było słychać, jak strop puszcza.

Podaje się tam piwo, gorzałę i miód pitny, i to samo jedzenie co zawsze. Karczma jest też jedynym miejscem w osadzie, w którym ktoś czuwa po ciemku — kogo trzeba wnieść z drogi albo spod wzgórza, kładzie się właśnie tutaj.

Kopalnia jest miejscem, do którego się wchodzi, a nie w którym się mieszka, i osada mówi o niej jak o pracodawcy, nie jak o okolicy. Na progu stoi wieża szybu, kosz wyciągu, kierat i skrzynka z lampkami; przy wejściu urzęduje mistrz kopalni, który uczy fachu każdego, kto zapłaci za naukę.

Za progiem jest ciemno naprawdę i sztolnie schodzą znacznie głębiej, niż chodzi ktokolwiek z osady. Chodniki drąży się dalej samemu, strop trzeba podpierać, a osłabiona skała puszcza — i to jest jedyny powód, dla którego w barakach zawsze ktoś leży. Jak się w niej pracuje: Górnictwo.

Po rudę i po sztaby, po kilof, którego w mieście nikt tak nie wykuje, po naukę fachu i po zezwolenie. Rzadziej po nocleg, bo osada jest ostatnim miejscem z dachem przed skałą — za rozstajami, od których odbija droga do osady, zaczyna się już samo pasmo górskie.

Wszystko inne trzeba przywieźć albo kupić od kupca, który to przywiózł. Osada nie ma pola, nie ma młyna i nie udaje, że jest samowystarczalna.

  • Góry Szare — pasmo, u którego stóp osada stoi.
  • Trakt Zachodni — droga, którą przychodzą wozy.
  • Górnictwo — kopanie, kilofy, światło i zawały od strony gracza.