Przejdź do głównej zawartości

Port

Port jest tą częścią Letharis, którą przybysz widzi pierwszą, i jedyną, w której miasto styka się z czymkolwiek spoza siebie. Leży na południowym obrzeżu, przy ujściu rzeki do morza, i obejmuje pomosty, nabrzeża, magazyny celne, kamienną latarnię na cyplu oraz tawerny, które nie zamykają się nigdy w porze, o której zamykają się inne.

Sól, smoła i mokry sznur — w tej kolejności, bo tak są ułożone: woda, beczki ze smołą pod plandeką, powroźnia na końcu nabrzeża. Do tego gnijące algi u słupów, ryba w suszarni i dym fajkowy marynarzy, którzy palą tam, gdzie nie wolno.

Słychać krzyki mew, skrzypienie lin, uderzenia fal o pale i zgrzyt dźwigów, a nad tym wszystkim nawoływania dokerów, których nie da się zrozumieć, choć mówią po tutejszemu. Wieczorem dochodzi dzwonek z któregoś masztu i to jest jedyny dźwięk, przy którym w Porcie ktokolwiek przystaje.

Widać las masztów, ciemne burty, kupy towaru pod plandekami i latarnię morską, którą z każdego zakątka dzielnicy widać z innej strony. Jest kamienna i ma trzy kondygnacje: skład oliwy u dołu, izbę latarnika w środku, dzwon i lampę na szczycie.

Port jest brudny, ale brud jest tu od pracy, nie od nędzy, i mieszkańcy dobrze znają tę różnicę. Człowiek, który wraca z wyładunku umazany po pas, idzie środkiem ulicy.

Nabrzeża są zamykane. Celnicy zaciągają bramy po zmierzchu, spisują towar i przeliczają cło skrupulatniej, niż robili to przed Rozdarciem — więc Port pustoszeje szybciej niż reszta miasta, i to nie z braku ochoty do siedzenia. Straż portowa ma własny wariant znaku, trzy kotwice w okręgu, oraz własne obyczaje, których Twierdza Straży wolałaby nie znać.

Jest to jedyna dzielnica Letharis, w której słychać inne języki. Marynarze z obcych portów siedzą osobno, płacą monetą, której kantor nie zna z widzenia, i wypytują o rzeczy, o które tutejsi nie pytają.

Handel morski maleje trzeci sezon z rzędu i w Porcie nikt nie nazywa przyczyny tak samo: kupcy mówią o cenach, szyprowie o załogach, które się nie zgadzają, celnicy o manifestach, które coraz częściej kłamią. Skutek jest jeden — statek spóźniony o dzień niepokoi tutaj sam z siebie.

Dokerzy, rybacy, powroźnicy, szkutnicy i latarnicy — ludzie, których praca kończy się z odpływem, nie z godziną. Obok nich celnicy z pieczęciami, kupcy importowi, szyprowie i ci, o których mówi się tylko tyle, że „chodzą po nabrzeżu”, bo przemyt miesza się tu z handlem tak dokładnie, że jedno od drugiego nie zawsze da się odróżnić.

Rybacy są w Letharis najbardziej przesądną grupą i najmniej się tego wstydzą. Żadna łódź nie wypłynie wieczorem w pełnię — nie jest to zakaz i nikt takiego nie wydał, po prostu nie ma chętnego. Więcej o tym, co się w mieście robi rękami: przesądy.

Mówi się też, że morze przyniosło pierwsze spojenia — próbki materii, którą Kolegium do dziś zbiera w słojach. Rybacy opowiadają, że trafiały się wśród ryb; Kolegium tej wersji nie potwierdza i nie zaprzecza jej dość stanowczo, by ludzie przestali ją powtarzać.

Bo do Letharis przybywa się przez Port i nie ma drugiej drogi od morza. Poza tym: po pracę na wyładunku, po linę, smołę i kompas, po sprzedaż połowu w suszarni, po naprawę kadłuba u szkutnika i po wiadomość, która nie przeszła przez żaden urząd.

Tawerny portowe są osobnym powodem. Siedzi się w nich dłużej niż w karczmach po drugiej stronie bramy i mówi się w nich więcej — o cudzych ładunkach, o kapitanach, którzy nie wrócili, i o tym, czego ktoś widział na wodzie.

Sąsiedzi Portu: Dolne Miasto za bramą na północ i Dzielnica Przemysłowa w górę rzeki. Żeglowanie i to, co leży za horyzontem: żegluga.