Przejdź do głównej zawartości

Morze i wyspy

Akwen pod miastem nazywa się Morzem Letharis i jest dla Letharis drogą, nie granicą. Wszystko, czego miasto nie wykuje samo, przypływa: sól, koks, kadzidło, wełna, tkaniny, rum.

Do portu wchodzi się z północnego brzegu, a w głąb lądu prowadzi rzeka, którą w mieście nazywa się Karniówką — po niej idą barki z solą i koksem do dzielnicy warsztatów. Poza tym jest już tylko otwarta woda i to, co na niej stoi.

Dwie żeglugi, które nie mają ze sobą wiele wspólnego

Dział zatytułowany „Dwie żeglugi, które nie mają ze sobą wiele wspólnego”

Dalekomorska należy do kupców i kapitanów: cztery dni na północ do Karniowa po kadzidło i wełnę, dłużej na południe po tańszą surówkę. Te trasy mają rozkład, manifest, cło i szyprów, którzy poznają się po splocie olinowania.

Przybrzeżna należy do wszystkich pozostałych. Idzie się nią od przystani do przystani, w zasięgu wzroku od lądu, szkutą albo zwykłą łódką — i tak dostaje się na wyspy, do których nie zawija nic większego. Kursuje też prom „Kormoran”, ale dowozi tylko tam, gdzie ma przystanek.

Handel dalekomorski maleje trzeci sezon z rzędu i nikt tego nie ogłaszał — kapitanowie po prostu przestali brać letharskie ładunki. Skutek widać na nabrzeżach: pomostów jest więcej niż statków.

Żadna z tych nazw nie jest ozdobna. Wszystkie powstały tak, jak powstają nazwy u żeglarzy: od jednej rzeczy, którą się na miejscu zobaczyło. Mewia, Solna, Foczna, Bursztynowa, Wrzosowa, Wrakowa, Kozia, Rybacka, Turza, Ostrów Wielki. Na południu jest jeszcze Daleki Brzeg, który wyspą nie jest.

Co jest na której, tego nikt tu porządnie nie spisał. Krąży o nich tyle sprzecznych opowieści, ilu jest żeglarzy, i większość z nich pochodzi od ludzi, którzy w danym miejscu nie byli. Jedni mówią, że wszystkie są bezludne, drudzy odpowiadają, że sami widzieli dym. Obie strony bywają na swój sposób w porządku, bo wyspa, na której latem nikogo nie ma, zimą potrafi mieć gospodę.

Kto chce wiedzieć, ten płynie i patrzy. Ślady bywają świeże: pale nowsze od desek, wygaszone ognisko, kozły, na których ktoś suszył sieci nie tak dawno. Czasem nie ma nic. Czasem jest znacznie więcej, niż się spodziewano.

Rzecz, o której warto pamiętać przed wypłynięciem: na większości z nich nie ma wody pitnej ani drogi, a przystań nie oznacza, że da się z niej dokądkolwiek dojść.

Wiatr ma osiem kierunków i przy każdym z nich ta sama trasa jest inną trasą. Z wiatrem szkuta idzie sama, pod wiatr trzeba halsować i wychodzi z tego dwa razy dłuższa droga. Żeglarze pytają o wiatr przed odcumowaniem tak, jak woźnica pyta o stan drogi.

Zła pogoda nie jest tu ozdobą narracji. Sztorm i grad wywracają łodzie, a odległość od brzegu decyduje o tym, czy wywrotka jest przykrością, czy końcem. Jak to wygląda w praktyce: Łodzie i żegluga, Pogoda i czas.

Na otwartej wodzie, w nocy i przy zachmurzonym niebie, żeglarz bez kompasu schodzi z kursu, nie wiedząc o tym. Poznaje się to dopiero rano, kiedy brzeg wychodzi z mgły nie tam, gdzie miał wyjść.

To jest zwyczajna nawigacja, nie anomalia — i marynarze pilnują tego rozróżnienia bardziej niż mieszczanie. Zgubiona łódź ma dla nich wytłumaczenie: brak gwiazd, prąd, zmęczenie sternika. Dopiero kiedy wytłumaczenia nie ma, milkną.

Patronką rybaków i marynarzy jest Święta Ulma, a jej znakiem kotwica. Ma w porcie kaplicę, w której zostawia się miedziaka za towarzysza zabranego przez wodę i sypie szczyptę soli na deskę.

Modlitwa do niej jest krótka i kończy się zastrzeżeniem, które w porcie zna każdy: o powrót, nigdy o bogactwo. Kult morski idzie własnym torem obok Kościoła Otwartych Wrót i nikt nie próbuje tego uzgadniać — a na wodzie i tak więcej znaczą przesądy rybaków niż jedna czy druga doktryna. Osobna strona: Wiara.