Przejdź do głównej zawartości

Wielki Tartak

Dzień drogi Traktem Zachodnim od bramy miasta droga rozszerza się w wyjeżdżony plac, na którym wozy z ładunkiem mają gdzie zawrócić, a w bok schodzi zjazd szeroki na wóz z kłodami. Koleiny są w nim głębsze niż na samym trakcie i prowadzą tylko w jedną stronę.

To nie jest wieś i nie jest osada. To zakład.

W hali pod dachem z gontu stoi trak — pionowa rama wysoka na człowieka, napięta sześcioma brzeszczotami naraz, którą korba od koła wodnego ciągnie w górę i w dół bez chwili przerwy. Kłoda wjeżdża na wózku, a zapadka popycha ją o jeden ząb na każdy skok ramy.

Kobyłka z ręczną piłą robi jedną deskę. Ten trak robi sześć w tym samym czasie, i to jest cały powód, dla którego zakład powstał akurat tutaj, nad strugą, a nie bliżej miasta.

Jest też rzecz, której nie zrobi nigdzie indziej na Rubieży. Maszt wyciąga się w całości, dwadzieścia łokci jednego rzazu bez zatrzymania — ręczną piłą nikt nie poprowadzi prostego cięcia przez taką długość i nikt jeszcze tego nie zrobił.

Trociny. W błocie na placu, w kubku odstawionym na cembrowinie, w brodzie tracza, a zimą przymarznięte do ziemi w jedną brunatną skorupę. Wdeptano je tak głęboko, że przestały być czymś osobnym.

Zgrzyt traka idzie przez cały obóz, miarowy, i co jakiś czas urywa się na kilka uderzeń serca — wtedy słychać, jak kolejna kłoda wchodzi na wózek. Wchodząc w sęk, zgrzyt gęstnieje i po chwili wraca do swojego. Nocą trak stoi i po raz pierwszy w ciągu dnia słychać wodę przelewającą się przez jaz.

Od wschodniego skraju ciągnie dymem ze smolarni — kopiec z drewna oblepiony darnią pali się bez ognia, przez cztery doby, w czasie których nie wolno go zostawić bez oka.

Na czole każdej kłody jest numer wypisany kredą. Za każdy wóz jest kwit, na każdym kwicie podpis, w większości krzyżykiem. Przy bramie wisi tablica z dwiema kolumnami — po lewej to, co przyjęto, po prawej to, co wyjechało.

Kolumny się nie zgadzają i nikt tego nie ukrywa.

Rodzina ścinała tu drzewo od czterech pokoleń, zanim powstał obóz i zanim ktokolwiek w mieście wiedział, że taki las istnieje. Po Rozdarciu miasto potrzebowało desek szybciej, niż jedna rodzina umiała je piłować — więc rodzina wzięła pieniądze od kupców z Letharis i została z mniejszością udziałów.

Stary gospodarz jeszcze tu mieszka, w chałupie postawionej przez jego dziada z kamienia wyzbieranego z pola, i zna każde drzewo w okolicy. Księgę prowadzi przysłany z miasta karbowy, który liczy dobrze i nie udaje, że rozumie drzewa.

Powiedzą ci o tym samym dwie różne rzeczy. Gospodarz, że drzewo nie jest sztuką i nigdy nie było. Karbowy, że to prawda i że z rachunkiem nie ma to nic wspólnego. Zgadzają się w jednym: piła ma chodzić.

Fachów jest tyle, ile potrzebuje trak. Tracz prowadzi wielką piłę i głuchnie od niej szesnasty rok — uważa to za uczciwą cenę. Stolarz struga trzonki i klepki, i ma bliznę na kciuku w tym samym miejscu, co każdy stolarz. Ostrzarz ostrzy wszystko, co ma krawędź, i rozwodzi wszystko, co ma zęby, ale nie kuje: kuźnia jest w Osadzie Górniczej. Magazynier pilnuje, żeby deski schły równo i żeby się nie pomieszały. Woźnica zna każdy dół na trakcie, a jest ich więcej, niż straż przyznaje.

Wieczorem wszyscy schodzą się do jedynej karczmy. Rachunki idą tam na kreskę wypisywaną na belce nad ladą — bierzesz teraz, płacisz w dniu wypłaty, a komu kresek za dużo, temu karczmarka przestaje nalewać.

Deski i dębina jadą do szkutnika w porcie. Trzonki do kuźni cechowej w mieście. Belki pod stemple do kopalni pod Górami Szarymi. Smoła i węgiel drzewny tam, gdzie akurat są potrzebne.

W drugą stronę nie jedzie prawie nic — i to jest o tym miejscu wszystko, co trzeba wiedzieć. Zakład stoi w lesie, bo drewno jest ciężkie i nie ma po co go wozić surowego.

Wilków, które zimą podchodzą pod same stosy kłód. Goblinów, które ostatnio schodzą z głębi lasu bliżej traktu. I liny na pochylni, kiedy jest napięta — stary gospodarz mówi o tym każdemu nowemu, zanim powie cokolwiek innego, i ma po temu powód, który widać na jego lewej dłoni.