Przejdź do głównej zawartości

Krainy zamorskie

Miasto ma dwa rodzaje zagranicy i myli je tylko ten, kto nigdy nie stał przy manifeście celnym.

Bliscy partnerzy to Karniów na północy, Kesteria na południu, Reflandia i podgórski Valdarn. Tam się pływa i jeździ po rozkładzie: cztery dni żeglugi, znany manifest, rozpoznawalny splot olinowania, barki soli. Nikt nie nazywa ich krainami zamorskimi, bo nie ma potrzeby — nazywa się je po prostu Karniowem i Kesterią.

Krainy zamorskie to pięć ojczyzn, do których z Letharis nie pływa nikt regularnie. Miasto wie o nich tyle, ile ze słuchu, i zwykle myli je ze sobą. Stamtąd przychodzą ludzie, których tu nie planowano.

Relacje przybyszów z tych pięciu krain są zaskakująco zgodne i żadna nie umie sama siebie wytłumaczyć. Statek płynął gdzie indziej. Trzeciego dnia rejsu niebo stawało się białe — nie ciemne, białe. Igła kompasu kręciła się bez zatrzymania, woda podnosiła się tam, gdzie nie szła żadna fala, a kiedy się kończyło, nikt na pokładzie nie wiedział, gdzie są.

Rano z mgły wychodziło miasto, którego nie było na żadnej ich mapie.

Nie jest to sztorm strzegący Letharis — szlak z Karniowa działa normalnie i statki chodzą nim po rozkładzie. Zjawisko jest rzadkie, bezimienne i nikt w mieście nie próbuje go łączyć z Rozdarciem; nikt też nie próbuje twierdzić, że nie ma z nim nic wspólnego.

Wszystkie pięć krain jest nietkniętych. Człowiek stamtąd nie zna tutejszego słownika: nie powie „Zniekształcenie” ani „Rozszczepiony”, powie „to, co się tu stało” i „wy tutaj”. Mieszkaniec Letharis zakłada z kolei, że wszyscy wiedzą, i pytaniami się irytuje.

Kupiecka republika na palach wbitych w dno zatoki. Nie ma tam ani jednej ulicy, która nie byłaby pomostem, i nie ma ziemi — a skoro nie ma ziemi, nie ma też dziedziczenia ziemi. Jedyną formą własności jest kontrakt.

Spory rozstrzyga się czytaniem, nie sądem: wygrywa ten, kto uważniej przeczytał, co podpisał. Dzieci uczą się liczyć, zanim nauczą się pisać, a pierwszą rzeczą, jakiej uczy się obcy, jest to, że uprzejmość bywa pozycją w rachunku.

W ładowni statku z Torwii jest pieprz i łój, a sznury poprzewiązywane różnym powrozem, każdy pod inny rachunek. Człowieka stamtąd poznaje się po tym, że wie, ile coś jest warte, jeszcze zanim sprzedawca otworzy usta. Mówi się „z Torwii”.

Wyżyna klasztorów-lecznic, leżąca na szlaku, którym od stuleci chodzą wojska w obie strony. Klasztory postawiono na przełęczach — tam, gdzie trafia i żyto, i ranni. W Ilmenie mówi się, że to dwa plony tej samej ziemi.

Bracia i siostry uczą rozpoznawać zioła po zapachu w zimie, kiedy nie ma po czym poznać liścia. Uczą też, że nie każda modlitwa dochodzi, i mówią to głośno, bez zniżania głosu — właśnie dlatego chorzy im wierzą.

Holk pielgrzymi płynie wolno i śpiewa dwa razy dziennie, a pod pokładem stoi ołtarzyk wielkości skrzynki. Przybysza stamtąd poznaje się po płóciennym zawiniątku, w którym jest więcej suszu niż odzieży, i po tym, że opatruje ranę, o której inni powiedzieliby, że jest już za późno. Mówi się „z Ilmeny”.

Górski kraj szybów i pieców, pionowy: wsie leżą jedna nad drugą po zboczu, a łączą je szyby, nie drogi. Dzień liczy się tam od dzwonu na szychtę, a rok od tego, ile razy wygasł piec — nie wygasa nigdy, więc lat nikt nie liczy.

Vahar sprzedaje sztaby i nie sprzedaje rudy, bo przetapia ją lepiej niż ktokolwiek za morzem i dokładnie wie, ile to jest warte. Ostatnia zima zamknęła jeden z poziomów i zostawiła dwa razy więcej ludzi niż roboty — stąd ci, którzy wypływają.

Rudowiec z Vaharu ma kadłub czarny od sadzy i sztaby przywiązane do pokładu. Człowieka stamtąd poznaje się po tym, że poznaje ręką różnicę między rudą, która się opłaca, a rudą, która tylko wygląda. Mówi się „z Vaharu”.

Archipelag ławic. Wysp jest tyle, że nikt ich nie policzył, i żadna nie jest większa niż dzień drogi; ląd jest tam przerwą między rejsami. Domy stawia się tyłem do wiatru, a dzieci uczą się węzłów przed literami.

Barwa wody mówi w Mrzeżnie więcej niż mapa. Wieczorna pełnia jest zakazem wypłynięcia, którego nikt nie tłumaczy i nikt nie łamie dwa razy — ten sam przesąd znają rybacy w porcie Letharis, i to jedyny punkt, w którym obie kultury zgadzają się bez rozmowy.

Ławice cofnęły się o dzień drogi i drugi rok z rzędu nie wracają, więc łodzie zaczęły wypływać dalej, niż powinny. Rybacka szkuta z Mrzeżna ma sieci na rejach przez cały rejs, bo nikt nie płynie stamtąd nigdzie bez łowienia po drodze. Mówi się „z Mrzeżna”.

Stepowe pogranicze konnych łuczników. Trawa idzie do horyzontu, a wiatr nie ustaje na tyle długo, żeby dało się to nazwać ciszą. Miast nie ma — są zimowiska, do których rody wracają, i szlaki, po których chodzą przez resztę roku.

Strzela się tam z konia, odkąd sięga się do cięciwy, i uczy się, że trafia nie ten, kto lepiej celuje, ale ten, kto strzela w innym rytmie niż koń. Łuk przechodzi z rodzica na dziecko przed imieniem.

Po ostatniej zimie koni zostało za mało na cały ród, a tego się nie dzieli. Człowiek stamtąd przypływa cudzym statkiem, bez koi, z miejscem między skrzyniami i łukiem pod kurtą — i trafia z odległości, z której tutejsi nawet nie próbują. Mówi się „z Wietrznicy”.

  • Rubież — świat, w którym te krainy leżą, i to, dlaczego pękło tylko nad Letharis.
  • Morze i wyspy — woda, przez którą się tu przypływa.
  • Wygląd i pochodzenie — jak deklaruje się swoje w grze.